Terytorialsi – jednostka dla każdego. Pomagaj innym w ramach służby wojskowej

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
Już od trzech lat Wojska Obrony Terytorialnej aktywnie wspierają różnego rodzaju służby mundurowe i cywilne w zapewnieniu bezpieczeństwa lokalnym społecznościom. Przez ten czas terytorialsi stali się nieodłącznym elementem planowania działań antykryzysowych, chroniąc ludność cywilną m.in. przed skutkami klęsk żywiołowych, takich jak powodzie. Dziś, w związku z pandemią koronawirusa, aktywność WOT skupia się w dużym stopniu na pomocy personelowi medycznemu i pacjentom szpitali. Ten szczególny rodzaj sił zbrojnych cieszy się coraz większą popularnością wśród osób, które nie chcą rezygnować ze swoich codziennych aktywności, a jednocześnie chcą pomagać innym w ramach przygody z wojskowością. A wiedzieć trzeba, że w szeregi WOT wstąpić może prawie każdy. O służbie w terytorialsach rozmawiamy z szeregową Małgorzatą Bartosik, higienistką stomatologiczną i utytułowaną sportsmenką.

Wojsko wielu osobom kojarzy się z wymagającym zajęciem dla „prawdziwych mężczyzn”. Jak to się stało, że zasiliła Pani szeregi Wojsk Obrony Terytorialnej?

To taki trochę stereotyp, bo w szeregach WOT każdy może znaleźć dla siebie miejsce, niezależnie od płci. Wystarczy pozytywne nastawienie i chęć zrobienia pierwszego kroku w kierunku służby.

Co skłoniło Panią do wykonania tego pierwszego kroku?

Akurat ja o naborze dowiedziałam się od koleżanki, którą poznałam na biegu militarnym. Okazało się, że ona sama już od jakiegoś czasu zasila szeregi terytorialsów. Początkowo obawiałam się, że wiek może stanowić przeszkodę. Gdy dowiedziałam się, że tak nie jest, pozostało jedynie zapisać się.

Szybka decyzja.

W moim przypadku, ta decyzja była dość oczywista. Nie ukrywam, że tematem wojskowości interesowałam się już dużo, dużo wcześniej. Gdy chodziłam jeszcze do szkoły medycznej, był ten czas, że obowiązkowo każdy musiał przejść komisję wojskową. Tam otrzymałam, jak wiele innych osób, wojskową książeczkę. Później powstały Narodowe Siły Rezerwowe, które też były fajnym rozwiązaniem dla osób wiążących w mniejszym bądź większym stopniu swoją przyszłość z wojskiem. Jednak ja od kilkunastu lat jestem asystentką / higienistką stomatologiczną i między innymi ze względu na pracę nie mogłam sobie pozwolić, żeby iść na kilka miesięcy do wojska na odpowiednie przeszkolenie. Niestety, trochę pogodziłam się z tym, że nie mogę wstąpić w szeregi armii, więc skupiłam się na pracy. Potem pojawiły się Wojska Obrony Terytorialnej i tak rozmawiając z koleżanką, namówiła mnie. W te pędy poleciałam do Wojskowej Komendy Uzupełnień.

Jak na informację, że idzie Pani „w kamasze” zareagowali najbliżsi?

Nie zdziwili się, bo znali moje zainteresowania i pasje. Wiedzieli, że czuję takie wewnętrzne powołanie. U mnie w rodzinie jest dużo wojskowych tradycji. Jestem warszawianką z dziada pradziada, w mojej rodzinie są osoby, które oddały życie w Powstaniu Warszawskim. Od najmłodszych lat mówiono mi, czym jest ojczyzna, szacunek do historii. Swoją wiedzę pogłębiałam w harcerstwie, a teraz te tradycje mogę kultywować w szeregach WOT. Mam więc wrażenie, że moi najbliżsi tylko czekali, aż przyjdę z tą nowiną.

Co konkretnie robi Pani podczas służby, w tych niełatwych czasach?

W szeregi Wojsk wstąpiłam w połowie lipca, czyli wtedy, gdy zastała nas już nowa rzeczywistość. Obecnie służę bardzo aktywnie, bo przez pandemię koronawirusa straciłam pracę. Fajne jest to, że wojsko daje możliwość, żeby zgłaszać się na te służby i pomagać innym. Od początku zgłaszałam się aktywnie do różnych warszawskich szpitali. Pomagałam oddziałom medycznym m.in. w Wojskowym Instytucie Medycznym, Szpitalu Praskim, czy w przychodni na ul. Nowowiejskiej. Pomagałam także w szpitalu w Wołominie. Osoby oddelegowane do tej jednostki medycznej miały głównie za zadanie odciążenie personelu medycznego. Zajmowaliśmy się więc szeroko pojętą logistyką. Moim zadaniem było przynoszenie badań do laboratorium, a także dostarczanie wyników dla lekarzy, aby usprawnić, nazwijmy to – pracę administracyjną szpitala. Innym razem odbierałam od rodzin pacjentów rzeczy, które przynosili dla podopiecznych szpitala. Rozwoziłam zapotrzebowanie medyczne po oddziałach. Obecnie z powodu lawinowo wzrastającej liczby zakażeń i braku personelu medycznego, zmienia się nasz zakres obowiązków. Musimy nabywać nowe umiejętności, żeby jeszcze wydajniej wspierać personel medyczny. Na przykład teraz jesteśmy szkoleni na to, żeby pobierać wymazy i w tym zakresie odciążyć służby sanitarne.

To dużo obowiązków. Czy da się je pogodzić z życiem „w cywilu”?

WOT tym różni się od innych jednostek, że daje ogromne możliwości łączenia służby z życiem zawodowym i rodzinnym. Ja już teraz mam swoje dwa światy. Jeden to służba i osoby, które znam, z którymi działam w terytorialsach, a drugi to świat cywilny. Służba nie koliduje w żaden sposób z aktywnością zawodową. Wstępując w szeregi WOT, każdy z nas deklaruje swoją gotowość minimum dwa dni w miesiącu. To jest jeden weekend, gdzie mamy rotację, gdzie się spotykamy, gdzie mamy wspólne ćwiczenia. To jest takie minimum. Oczywiście, jeżeli ktoś jest dyspozycyjny, to może zgłaszać się na dodatkowe dni służby. Trzeba też uprzedzić rodzinę, że mogą być takie sytuacje, iż zostaniemy wezwani. Zwłaszcza teraz, jak mamy tę dużą zachorowalność i trzeba będzie pomóc.

Pani musi godzić służbę nie tylko z życiem rodzinnym. Jest Pani także aktywnym sportowcem – rekordzistką Europy w martwym ciągu i zdobywczynią Pucharu Świata w tej dziedzinie sportu. Czy służba nie koliduje z codziennymi treningami?

Nie koliduje. Mam możliwość, żeby trenować i za to jestem wdzięczna. Zresztą sprawność fizyczna to atrybut bardzo pożądany w WOT. Jednak nawet jeśli od samego początku nie jest ona najwyższa, to z czasem możemy się spodziewać, że nasze wyniki znacząco się poprawią. Są one weryfikowane już na początku. Po roku przechodzimy egzamin sprawności fizycznej.

No właśnie. Niewielu z nas może poszczycić się taką kondycją jak Pani. Zwłaszcza kobiety chcące wstąpić w szeregi WOT mogą mieć pewne obawy, czy sprostają wymaganiom. Czy słusznie?

Kobiety na pewno mają obawy. Dla przykładu zastanawiają się, jak to będzie na tych 16 dniach wstępnego szkolenia, kiedy musimy założyć kamizelkę, pochodzić z plecakiem.

Jednak uważam, że nie ma co się tego bać. Szkolenie jest tak skonstruowane, żeby każdy sobie na nim poradził. Poza tym każdy, kto tam się stawi, w tym momencie staje się częścią rodziny. Jest drużyna, jesteśmy my wszyscy i każdy sobie pomaga. Możemy liczyć na ogromne wsparcie naszych współtowarzyszy i osób bardziej doświadczonych. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety znajdą tu dla siebie miejsce.

Mówiła Pani, że żyje teraz w dwóch światach. Czy umiejętności nabyte podczas służby przydają się w codziennym życiu poza nią?

Na pewno tak. Wraz z poprawą kondycji fizycznej i kolejnymi wykonanymi zdaniami wzrasta nasza pewność siebie. Uczymy się również zaradności, często takiej, którą trudno nabyć poza służbą. Dla przykładu dziś każdy ma telefon z GPS-em, ale jeśli technologia zawiedzie, to trzeba umieć się odnaleźć na podstawie rzeczy, jak np. praca z tradycyjną mapą. Ponadto służba uczy również opanowania. Czasem są sytuacje stresujące i nie do przewidzenia, niezależne od nas. A trzeba sobie z nimi, w ten czy inny sposób, poradzić. Myślę, że WOT fajnie też kształtuje cechy pozwalające, aby na spokojnie wszystko przeanalizować i znaleźć najlepsze rozwiązanie.

Dodaj ogłoszenie